Do ankiety o uzależenieniu od internetu

W zorganizowanej miesiąc temu ankiecie wyszło, że czytelnicy murzyna nie są uzależnieni od internetu. Wtedy napisałem

Myślę, że gdyby taki sondaż zorganizowała firma zajmująca się ankietowaniem Polaków, wynik byłby zgoła odmienny.

W moje ręce wpadły wyniki badań odnośnie uzależnienia od smartfonów, więc temat pokrewny. Skoro nie potrzebujemy internetu, nie potrzebujemy przecież też smartfonów.

Pełny obrazek

Liczby są jasne – 40% posiadaczy smartfonów nie potrafi żyć bez internetu w małym szklanym ekraniku, a 1/3 społeczeństwa zabiera telefon z gierkami i komunikatorami do kibelka.

Jak to dobrze, że NAS to nie dotyczy, prawda ;)?

Kartka z pamiętnika akademikowego 2

Siema!

Tutaj miał być jakiś wstęp, ale nie chciało mi się marnować na niego czasu.

Ukraińskie gotowanie
Jak pisałem w pierwszej pamiętnikowej kartce, w akademiku jest nieco Ukraińców. Pojedynczo są niegroźni, więc warto się z nimi zaprzyjaźnić i, o dziwo, czegoś od nich się nauczyć. Jeden z nich wyuczył się za kucharza (a teraz jest na studiach?) i przy ściąganiu gorącego garnka z kuchenki nie używa ręcznika. Bierze garnek łapami i idzie do pokoju. Wcześniej jednak odkręca kran z zimną wodą, namacza sobie palce, a następnie kropelki wody przenosi na garnkowe uszy. Czynność powtarza kilkukrotnie i uchwyt staje się chłodny, dzięki czemu może gotowaną potrawę przenieść w garnku do swojego pokoju.

Ukraińska poczta
Chciałem się nieco wyróżnić i pod pokój pewnej dziewczyny wsunąć list (i wcale nie jestem staromodny, tylko jak to się mówi „oldskulowy”!). Musiałem jednak najpierw sprawdzić, czy moja akcja ma jakieś szanse na powodzenie, wsuwając kartkę pod swoje drzwi. Niby jakaś mała szparka była, ale kartka nie chciała za daleko wejść. Akurat przechodził Ukrainiec, dopytując, co knuję. Wytłumaczyłem mu i pokazałem, że kartka nie chce wejść. Mogę ją zostawić w małej szczelinie, ale to wówczas każdy z korytarza mógłby ją zabrać albo przeczytać – a tam przecież będą intymne rzeczy! Zostawiłem na chwilę Ukraińca z kartką, a gdy wróciłem, kartka była w moim (zamkniętym) pokoju. Udało mu się przecisnąć ją przez szczelinę w dosyć nietypowy sposób – najpierw włożył tyle ile można, a następnie ruszał kartką na lewo i prawo, aż znalazła się za drzwiami. Gdy go zapytałem, skąd on takie coś umie, odparł „Jestem Ukraińcem”.

Ukraińskie zdrowie
Pewien kolega zza wschodniej granicy poprosił mnie raz o pomoc. Ja, oczywiście przeziębiony, przychodzę do jego pokoju, a ten w krótkim rękawku przy szeroko otwartym oknie sobie siedzi zadowolony. Na dworze było wtedy wietrznie, ale jemu to jakoś nie przeszkadzało. Kilka dni później graliśmy w siatkówkę. Koleżka przy gotowaniu rozciął sobie palec i miał plastry, które przy graniu się rozerwały. Po kilku minutach patrzymy, a jego ręce wyglądały jakby chwilę temu kogoś zamordował. Ten rzekł „ja wylizać” i pobiegł do akademika. Wrócił już z czystymi rączkami.

50 lasek NC
Zaryzykuję stwierdzeniem, że wśród debiutantów mieszkających w akademiku, to ja nawiązuję najszybciej i najwięcej znajomości z innymi mieszkańcami mojego akademika. Pewnie dlatego, że jestem otwarty i przy przechodzeniu przez korytarz nie idę ze spuszczoną głową w momencie, gdy kogoś mijam. Za dużo znajomości ma jednak wady. Mam tyle zaproszeń na kawki od płci przeciwnych, że nie jestem w stanie wszystkie… zadowolić. Swoją obecnością. Emm. Dobra, dalej.

Pewnego razu zdarzyła się dosyć śmieszna sytuacja. Siedziałem w pokoju i oglądałem film z YT, który sobie wcześniej zapisałem. Do drzwi zapukała koleżanka z roku, która chciała pożyczyć książkę. Pogadaliśmy z 10 minut, po czym kolejne pukanie. Wbija koleżanka z piętra wraz z (oszałamiającą!) koleżanką z nie-akademika. Podziękowałem poprzedniej rozmówczyni i „zająłem się” nowymi gośćmi. Minęło kilkanaście minut i kolejne pukanko… Do drzwi. Inna koleżanka, która NA JUŻ czegoś potrzebowała wbiła do pokoju. Kolejna wymiana gości. Mija kilka minut i znowu stukanie. Tym razem Ukrainiec, który potrzebuje pomocy z matematyki. Nie jest dziewczyną, więc powiedziałem, że potem wbiję. Kilka minut mija, koleżanka wychodzi. Mam chwilę dla siebie? Nie, wbija kolejna.

Cała ta sytuacja była dosyć dziwna, śmieszna, ale fajna ;).

Impreza w nocy? Heh
W komentarzu do „Kartki 1″ napisałem, że w akademiku nie było jakiś irytujących imprez. Wykrakałem. Był mecz Polska-Szkocja, na korytarzu pojawiło się kilka nowych twarzy. Do tego przy każdej meczowej akcji, z jednego pokoju dobiegały krzyki takie, że zmarłego by obudziły. Akurat tamtego dnia byłem zmęczony, a że niemal zawsze wstaję o 6 rano, to chciałem się wcześniej położyć spać. Cisza nocna rozpoczyna się od 23:00, wtedy też mecz się zakończył. Ach ja naiwny. Po meczu rozpoczęła się impreza – muzyka na cały głos, krzyki i chichy na korytarzu. Sytuacja nieco uspokoiła się około pierwszej nad ranem, więc się cieszę, że spałem 5 godzin, a nie 2-3. Kolejnego dnia się dowiedziałem, że kilka osób doniosło na imprezowiczów i mieli zostać wezwani na dywanik. Ile z tego wyszło nie wiem, ale kolejnego dnia było w akademiku cicho. Aż za cicho.

Klucz u sąsiadów
Jeśli opuszczasz pokój w akademiku, klucz powinieneś zostawić na portierni. Nie wiem dlaczego, ale koledzy z piętra niżej poszli pić i zostawili klucz sąsiadkom, a te to wykorzystały.

To była nietypowa sytuacja. Kiedyś przyniosłem do kuchni na moim piętrze dwa krzesła – a bo to czasem ktoś by chciał siąść albo nogi by chciały (a tyłek na stole). Nie wiem czemu, ale jedne krzesełko zostało rozjebane – pewnie jakiś grubas usiadł i zarwał. Chciałem więc poszukać po korytarzach jakiegoś innego krzesła. Idę piętro niżej, patrzę, a tu dwie dziewczyny i chłopak pchają do pokoju kumpli zepsutą lodówkę (która sobie krąży po całym akademiku). One chciały postawić lodówkę w ich pokoju, żeby pijacy przeżyli szok w momencie powrotu.

„Po co ją tu stawiać? Lepiej dać ją do łóżka.” – powiedziałem.
„DOBRE!” – wybuchnęły śmiechem.

Położyliśmy wspólnie lodówkę na jednym łóżku i ładnie przykryliśmy. Nie mroziła, więc nie była zimną suką. Wręcz przeciwnie, była rozgrzana i czekała w łóżku na jednego z imprezowiczów.

Ciekawe czy jak ja jutro wrócę do akademika to i na mnie będzie ktoś czekać w łóżku?

Bierz co chcesz w ukraińskim stylu
Skoro już poruszyłem temat „szukania rzeczy po korytarzu akademika”… Kilka pokoi jest obecnie remontowanych, więc całe wyposażenie zostało wystawione na korytarz. To oznacza, że jak coś ci się spodoba, to możesz to wziąć. No dobra, nie do końca można zabrać, ale są zabierane, bo po co mają się marnować. Pewien Ukrainiec powiedział mi, że podoba mu się pewna szafka. „No to bierzemy” i pomogłem mu ją przenieść do jego pokoju. Ten potem rzekł „za to, że mi pomogłeś i za to, że Ukraina wygrała wczoraj mecz, to masz browara”. Dlatego też właśnie warto zakolegować się z studentami zza wschodniej granicy.

Mięso armatnie już mamy
Mieszkanie w akademiku z dala od rodziców jest dla niektórych niebezpieczne. Woda sodowa zaczyna uderzać do głowy, uczyć się nie chce, bo w głowie jedynie imprezy i chlanie. Potem przychodzi sesja i rzeź niewiniątek. Po trzech tygodniach w akademiku mogę już wytypować kilka osób, które według mnie na pierwszej sesji przepadną albo będą brać kilka poprawek. Dla przykładu, jeden z moich „podejrzanych o szybkie pożegnanie” jest niemal codziennie najebany (do tego stopnia, że śmierdzi piwem), a gdy raz miał kolokwium, to na pytanie jak mu poszło odparł „nie wiem”. 2 dni temu była impreza na mieście. Podczas gdy wszyscy z akademika wrócili jednym (i ostatnim) autobusem, to on pojechał z jakimiś laskami w drugą stronę. Kolejnego dnia był w swoim pokoju, ale coś czuję, że miasto prędzej czy później go zje, przeżuje i wypluje.

Czy ja będę też mięsem armatnim?
Niestety, ale po moich 3-letnich studiach mam zaległości. Tutaj coś, tam coś, co razem daje całkiem sporo. Dlatego od pierwszego dnia staram się nadganiać i na razie zmierzam w dobrym kierunku. W końcu jestem czwarty rok, a nie pierwszy i wiem na czym studiowanie polega!

A przynajmniej taką mam nadzieję.

Więcej rozrywki z Fruit Ninja

Fruit Ninja był pierwszą grą na Androida, w jaką miałem okazję zagrać kilka lat temu. Gra ta idealnie nadaje się na telefony z dotykowymi ekranami, bo na zwykłych z klawiaturką byłaby ona męczarnią ;).

Gra ma już kilka lat, ale twórcy co jakiś czas wzbogacają ją o kilka nowości. To nie wystarczyło pewnej osobie robiącej recenzje…

Kartka z pamiętnika akademikowego 1

Drogi pamiętniczku!

Po niespełna dwóch tygodniach spędzonych poza domem, wróciłem na dosłownie 24 godziny. Ciuchy do prania, wziąć to co zapomniałem, zostawić to czego nie będę potrzebować. A w międzyczasie napiszę, co ciekawego się działo w akademiku…

Dzień pierwszy – kwaterujemy się
Ostatnia noc przespana w domu była jakaś taka se. Niewyspany poszedłem na pociąg, potem godzinna przerwa na przesiadkę, bo drugi pociąg spóźniony. Gdy już dotarłem do miasta, które od teraz będzie moim drugim domem, poszedłem na uczelnię odebrać indeks i legitymację. Niby odpowiedni dziekanat otwarty, kolejek nie ma, ale stałem z godzinę w kolejce, bo akurat jakiś ważny rektor tudzież dziekan chciał sobie urządzić pogawędkę z „panią z dziekanatu” w „godzinach otwartych dla studentów”. Potem podróż autobusem do akademika, los chciał, że zamiast jechać od razu na miejsce, to zrobiłem kółeczko w centrum miasta i na miejsce przybyłem dużo później niż chciałem (ale za to widok katowickiego Spodka bezcenny – gęsia skórka na samą myśl, co się tu jeszcze działo kilka dni wcześniej!).

W akademiku kolejka do kwaterowania. Mój numerek to 87, kolejny do zakwaterowania był 53, a do tego komisja przydzielająca pokoje zrobiła sobie godzinną przerwę. W międzyczasie poznało się już kilka osób. Same pierwszaki! Czułem się staro przy nich.

Co ciekawe, już pierwszego dnia na akademiku zdarzył się niemiły incydent – zgon. I to nie taki alkoholowy, a prawdziwy. W sprawę zamieszani Polak, dwóch Ukraińców i Murzyn. Jeden z Ukraińców wdał się w pyskówkę z Polakiem, po czym go popchnął, a ten niefortunnie uderzył głową w mur, tracąc przytomność. Koleś nie reagował na nic, karetka wezwana, ale przyjechała dopiero po pół godziny. W tym czasie poszkodowany sam się ocknął, powiedział dwa słowa i znowu zasnął.

Otrzymałem swój pokój na najwyższym piętrze, podobno ładny, ale bez lodówki. Współlokator w porządku, wzięliśmy piwka i piliśmy na korytarzu, szukając ludzi do integracji. Około godziny 18. spotkałem naszego sąsiada, który był już wykąpany i gotowy do snu. Dwie godziny później pod jego drzwi przychodzi jego nowy współlokator. Puka. Cisza. Po minucie otwiera nasz sąsiad, który był zaślepiony przez korytarzowe lampy.

Kilka osób dołączyło się do integracyjnego piwka, ale że wszyscy byli zmęczeni, to i my położyliśmy się w kimę.

Dzień drugi – poznajemy ludzi
Kolejnego dnia kwaterowały się nowe osoby, więc nasze piętro zaczęło się zapełniać. Piwko, karty i całkiem fajna grupka osób. Śmieszna sytuacja, bo graliśmy w grę karcianą UNO. Ja rzuciłem kartę zmiany koloru (czerwony, zielony, niebieski, żółty). Chciałem żółty, więc krzyknąłem dla beki „ŻÓŁTEK”. Świetne wyczucie czasu miał jedyny Japończyk w całym akademiku, który akurat w tym momencie do nas przyszedł. Beka była niesamowita, ale chyba nie wiedział o co chodzi.

Tego dnia był też pierwszy zgon. Koleś się napierdolił, widać było że ma dość, ale cały czas w siebie wlewał. Odprowadziliśmy go z dwoma chłopakami do pokoju. Położyliśmy go na łóżku, a jego współlokator miał zamknąć pokoju. Ledwo odeszliśmy kilka metrów od pokoju, to nasz koleżka był już za nami – otworzył sobie drzwi z drugiej strony. Jednak pół godziny później odpłynął całkowicie, ale ponownie posadziliśmy go na łóżku, gdzie momentalnie zasnął (w ubraniu). Kolejnego dnia chciał iść na rozpoczęcie roku, ale (o dziwo) mu to nie wyszło.

Dzień trzeci – nie ma imprezy bez nas
Trzeci dzień świętowania – więcej ludzi, więcej alkoholu, była i wódka. Mój współlokator był kierownikiem imprezy. Do końca imprezy nie dotarł. W momencie, gdy robiłem sobie śniadanko na rano (bo z rana mi się nie chce), kolega biegiem wbija do pokoju z tekstem „muszę się położyć”. 10 sekund później już spał.

Skradziona lodówka
Jak już napisałem, w pokoju nie miałem lodówki. Można dać jedzenie przy oknie, ale to raczej rozwiązanie na krótką metę w ciepłe dni. Lodówka by się przydała. Brać z domu? Pojawia się problem przewozu. Kupić? Bieda.

W ten sposób ukradliśmy lodówkę z korytarza. Na korytarzu stało kilka ruskich. Jedną podłączyliśmy, chodziła 5 sekund i się wyłączyła. Zaczęliśmy w nią kopać, to znowu chwilę działała, ale po chwili znowu padała. Przeszukaliśmy pobliskie korytarze i znaleźliśmy kilka lodówek, które stały nieużywane i, co najważniejsze, nie było na nich napisu WŁASNOŚĆ PRYWATNA. Po co ma się marnować? Nam się przyda. Szarpaliśmy się z jedną przez dwa piętra. Na początku były jeszcze siły, żeby ją wlec po schodach, ale później to już obijaliśmy ją na całego. Jeszcze na ostatniej prostej niemal próg wyjebaliśmy. Tak czy siak lodówka dotarła do pokoju i działa. Tylko się trochę nie domyka, więc trzeba nieco silniej przytrzymać dolną część drzwiczek. Albo kopnąć w nie.

Koledzy zza wschodu
W moim akademiku jest całkiem sporo Ukraińców. Osoby, które już mieszkały tam kilka lat twierdzą, że nigdy nie było ich tak dużo, jak teraz. Dobrze wiedzieć, że problem nie dotyczy tylko mojego drugiego domu.

Mogłoby się wydawać, że przyjechali do Polski, by uciekać przed wojną. Oni twierdzą, że wojny w ogóle nie ma, jest tylko na granicy z Rosją, a w pozostałej części Ukrainy życie wygląda niemal tak samo. Przyjechali, bo jak mówią, tutaj się lepiej nauczą. Powinni zacząć od nauki języka polskiego. Niektórzy umieją fajnie po polsku mówić, ale inni nie potrafią za wiele wyszprechować. Jeden Ukrainiec poprosił mnie raz o pomoc przy rejestracji na angielski przez internet. Myślę spoko, 5 minut i wracam na imprezę. Spędziłem tam godzinę. Nie potrafiliśmy się dogadać, on starał się mówić po polsku, ale jak zabrakło mu słowa, to rzucił kilka niezrozumiałych ukraińskich wyrazów licząc na to, że ja zaczaję. Gdy mu odpowiadałem, ten rozpoczął swój wywód od nowa „nie, ty mnie nie rozumiesz, jeszcze raz”. W końcu powiedziałem mu to, co on chciał usłyszeć… Co niekoniecznie było prawdą.

Jako że temu Ukraińcowi pomagałem kilkukrotnie, to ten chciał mi dać w nagrodę za trud piwo. Czemu nie? Jeszcze mówi, że Leszek. No, dzięki bardzo! Po czym ja patrzę, a ten wyciąga Leżajsk z Biedronki. Dumnie stwierdził, że ceny w Polsce są o 10% niższe niż na Ukrainie… Jak on to kurwa wyliczył?

Będziesz tu cztery lata…
Kilka dni temu byłem w bibliotece robić zadanie domowe. Fajna biblioteka, taka wyjebana nowoczesnością i dostępnością dla każdego. Siedzę przy stole i sobie skrobię w zeszycie. Zauważam chłopaka z pewną kobietą, którzy kręcą się bez celu. Niech se chodzą, ja mam co robić. Kilka minut później podbijają do mnie. Chłopak coś burknął pod nosem, a potem głos zabrała kobieta. Jak się okazało, była to jego matka. Matka mówiła cały czas w imieniu syna, „on chciał zobaczyć tę bibliotekę, ale koledzy z roku to albo na obiad, albo do akademików i nie chcieli z nim przyjść, więc ja przyszłam”. Hmm. Wywiązała się rozmową między mną, a jego matką, chłopak stał z boku i słuchał uważnie. Matka pytała się mnie o wypożyczanie książek i sposób funkcjonowania biblioteki, a ja grzecznie tłumaczyłem.

Moja rozmówczyni powiedziała, że mam tęgi łeb, a ja na to, że w końcu czwarty rok studiów jestem. Matka zwróciła się do swojego syna „widzisz, jak ty będziesz tu 4 lata, to też będziesz wiedzieć jak ta biblioteka działa”.

Nie chciałem nic mówić, ale 3 lata spędziłem w innym mieście i na czwarty rok przeniosłem się do Katowic, więc dla mnie to też wszystko jest nowość. Żal mi się zrobiło tego chłopaka, żeby go nie upokorzyć do końca.

„Masz jeszcze jakieś pytanie do pana?” – zapytała matka syna. Zachowałem kamienną twarz. Nie powinienem był?

Siostra, której nigdy nie miałem
Nigdy nie wierzyłem w znaczenie liczb, numerelogie i inne gówna. Ostatnio jednak zmieniłem swoje nastawienie. Rozmawiałem z dopiero-co-poznaną-dziewczyną-z-piętra-niżej:
(…)
-Miałam niedawno urodziny.
-Taa? A kiedy? – rzuciłem zalotnie.

Chwilę później przeżyłem szok, że aż zabrakło mi słów. Dziewczyna miała ten sam dzień i miesiąc urodzenia co ja, tylko rok inny. Ogólnie to jeszcze nigdy w życiu nie poznałem osobę, która ma aż tyle podobnych cech co ja :o. Chociaż w niektórych kwestiach to mamy zdania zupełnie odmienne, to jednak to spotkanie sprawiło, że coś jest na rzeczy w numerologiach!

Party?
Byłem w sklepie po browary, a w kolejce przede mną dwie Hiszpanki z jebanego Erazmusa. Tych z Erazmusa też pełno. W każdym razie były w sklepie i chciały coś kupić, ale że mówiły w każdym języku, tylko nie po polsku, to sprzedawczynie nie zrozumiały. Akurat w kolejce był tez jakiś koleś, który zrozumiał o co im chodzi i powiedział to kasjerkom.

Ja i Hiszpanki wyszliśmy w tym samym czasie ze sklepu. Ja lekko napierdolony postanowiłem zagadać po angielsku o pierdoły. Po krótkiej rozmowie rzuciłem hasło:
-Party?
-Yes! – odpowiedziała jedna z nich.
-Where?
-POMARAŃCZA! (tak się nazywa klub).

Jedno polskie słówko znały.

Czasoprzestrzeń zakrzywia się w akademiku
Nie wiem dlaczego, ale jakoś na nic nie mam czasu. Ostatnie dni wracałem o godzinie 18-19. Przy okazji spotyka się znajomych (albo lepiej – znajome), które zapraszały na GORONCOM KAFKĘ, czasem dodając „dzisiaj nie ma mojej współlokatorki”. Szkoda, pewnie by się z nami kawusi napiła ;(. Gdy już wracałem z odwiedzin była godzina 20-22. Umyć się, zrobić śniadanko, jeszcze kogoś pozaczepiać po drodze albo zrobić jakiś odpał i momentalnie jest północ na zegarze. Muszę lepiej zacząć zarządzać swym czasem.

Z czym ci się kojarzy…
W innej konwersacji z pewną dziewczyną, ta zapytała się mnie, jak podoba mi się jej rodzinne miasto. Mówię, że fajne, takie żywe, coś się dzieje. Ta była nieco zdziwiona. „Serio? Większości osób kojarzy się ono z kopalniami i smokiem. Takim pisanym przez g”.

Kończąc zatem tę nawijkę
Na pewno byłoby jeszcze o czym pisać, ale myślę, że nie wszystkie fakty należy ujawniać :). Do następnego!

Nowy rozdział

Jak to w życiu bywa, jedno się kończy, inne zaczyna. Już we wtorek przenoszę się do miasta oddalonego o ponad setkę kilometrów ode mnie w celu rozpoczęcia nauki. W poniedziałek miałem mieć spotkanie adaptacyjne przed pierwszym października. Spoko, gdyby nie to, że było ono o 9:00. Uwzględniając dojazdy i przesiadki musiałbym wstać o 5 rano, i w najlepszym przypadku byłbym o punkt 9 na miejscu. Najlepszym, bo pociąg musiałby się nie spóźnić ;). A potem jeszcze szukać sali, gdzie to jest. Więc od 5 rano w biegu, żeby być na spotkaniu, które będzie trwać z godzinkę. Spotkanie typu „lepiej być”, więc pierdolę. Już 3 lata studiowałem, więc coś wiem. Zresztą, po spotkaniu musiałbym wracać do domu, a kolejnego dnia znowu tam jechać, ponieważ będę się meldować w akademiku. Bez sensu.

Tak, będę mieszkać w akademiku. Dla beki napisałem podanie, które wysłałem listownie. Gdy już wysłałem list przypomniało mi się, że nie wypełniłem kilku rubryk, ale przyjęli i przyznali miejsce :). W pokoju dwuosobowym, ciekawe z kim będę się musiał użerać (albo kto ze mną będzie musiał :D ). Mieszanych par raczej nie robią, więc pewnie z jakimś chłopem. W sumie wolałbym z dziewczyną. Przy dziewczynach potrafię się jakoś bardziej zachowywać. Są plusy i minusy akademika, ale zdecydowanie największą zaletą jest cena – 360 zł za cały miesiąc, wszystko wliczone – czynsz, woda, prąd, internet, przy czym gdybym wynajmował mieszkanie, to sam czynsz wyszedłby powyżej wspomnianej kwoty, a co dopiero po doliczeniu mediów. Największą wadą mogą być ewentualne kolejki do kibla czy prysznica, trzeba zobaczyć ile osób przypada na jedną toaletę.

Zamelduję się więc we wtorek. Środa i czwartek mam wolne, ku mojemu zaskoczeniu. Piątek szkoła. Potem sobota i niedziela. Fajnie, bo przynajmniej się nie przemęczę w pierwszym tygodniu z nauką. Będę mieć dosyć swoich rzeczy do uregulowania. Trzeba będzie jakąś pracę znaleźć za marne grosze, żeby przeżyć.

Mój wyjazd będzie oznaczać także niemal zerową aktywność tutaj, na komunikatorach czy w VCMP. Nie po to jadę tak daleko, żeby siedzieć na komputerze w wolnym czasie ;). Do domu będę przyjeżdżać, ale jeszcze nie wiem jak często.

Jakoś to będzie. Musi być.

Modyfikacje NC 2014

Poniżej prezentuję wykaz modyfikacji dla VC,  które zrobiłem w ostatnich miesiącach. Przedstawiam tylko skrócone opisy, pełne można znaleźć w języku angielskim pod podanymi stronami.

Mod Loader (Czytnik Modów)
Fajny projekt, który pozwala zarządzać modyfikacjami o rozszerzeniu ASI – które z nich mają się uruchamiać w VCMP 0.4, której w singlu, a które i tu i tu. W ten sposób nie musimy wracać do pliku konfiguracyjnego vcmp za każdym razem, gdy dodamy nową modyfikację.

Chat Resizer (Rozszerzacz Czatu)
Przywraca funkcję zmiany rozmiaru czata w VCMP 0.4 za pomocą klawisza, na przykład F7.

Aim Camera Fix (Poprawka kamery celowania)
Po włączeniu celownika broni w VC nasza postać będzie celować w coś, co jest dokładnie przed nami, zamiast w to, na co patrzyliśmy chwilę przed naciśnięciem celownika. Ta poprawka ma to naprawić.

Rat Cam (Szczur Kamera :D )
Pozwala poruszać kamerą dookoła za pomocą myszy, gdy jesteśmy w samochodzie. Rat Cam został wydany jako modyfikacja kleo, a teraz została częściowo przeniesiona jako ASI, więc może działać z najnowszą wersją VCMP.

Stupid Gearbox (Głupia skrzynia biegów)
Wyświetla na ekranie bieg wrzucony w samochodzie.

TuneMe (Nastaw Mnie)
Dodaje kilka nowych funkcjonalności do radia w VC, takie jak zapamiętywanie ostatniej radiostacji i automatyczne przełączanie na nią, gdy wchodzimy do nowego pojazdu, cofanie radiostacji za pomocą kółka myszy, nawet gdy jesteśmy pasażerami w VCMP oraz umożliwia słuchanie radia w pojazdach specjalnych takich jak radiowóz.

Clear Sniper View (Czysty widok snajperki)
Usuwa czarne tło podczas celowania z snajperek.

Wiedza poszła w las

Już jakiś czas w telewizji emitowane są dwie reklamy apelujące o zachowanie bezpieczeństwa na drogach. Jedna państwowa, druga od firmy ubezpieczeniowej. Poniżej filmy.

Spojler Pokaż

Krótkie wytłumaczenie słuszności obu filmów:

1. Dlaczego 10 km/h robi różnicę? 10 km/h to tyle co nic.
Najpierw trzeba zacząć od wypisania wszystkich czynników, które wpływają na drogą hamowania. W pierwszej kolejności oczywiście aktualna prędkość. W dalszych – rodzaj nawierzchni, warunki pogodowe, jakość opon samochodowych, elektronika w samochodzie, hamulce, reakcja kierowcy, trzeźwość kierowcy, głośność radia w samochodzie… Tych czynników jest sporo i każdy może spokojnie podać kolejne. Skupmy się jednak na tym najważniejszym, czyli prędkości. Skoro droga hamowania jest zależnością od czegoś, to jak wszystko w przyrodzie można to opisać matematycznie :). Tym samym istnieje (skomplikowany) wzór na wyliczenie drogi hamowania, w którym aktualna prędkość jest podniesiona do kwadratu. Tym samym
50^2 = 2500
60^2 = 3600
Zwiększając niewiele prędkość, dostajemy dwie liczby, które różnią się aż o 1100! A co, jeśli noga nam nieco mocniej dociśnie na pedał gazu (70 km/h)?
70^2 = 4900.
Wynik niemal dwukrotnie większy niż w przypadku 50 km/h. Więc tak, 10 km/h robi różnicę.

2. Wariat drogowy? Łapcie ich!
Początkowo zdziwiłem się, że PZU nazywa nas wariatami drogowymi. Wariatem może być Frog, którego sprawą karmią nas media. Ale my? My nie.

Moje podejście zmieniło się, gdy przeczytałem wyjaśnienie PZU w tej sprawie. Czy wam nie zdarzyło się nigdy jechać szybciej niż należy (choćby te 10 km/h wyżej)? Wyprzedzaliście kiedyś w miejscu, gdzie nie można? Przejechaliście na wczesnym czerwonym świetle „bo zdążę”? To wszystko wydają się być małe grzeszki w porównaniu do wyczynów Froga, ale to jednak przewinienia drogowe. Drzemie więc w nas taki mały wariat drogowy.

Odzew
I co? Gówno. Mimo tych oraz wielu innych akcji społecznych, liczba wypadków nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Niedawno przecież 18-latek, który miał kilka miesięcy prawo jazdy zabił grupkę osób. A przecież był po nowych testach na prawo jazdy, które miały eliminować takie zachowania.

Także widzę na drodze obok mnie wiele osób, które lubią potrzymać nogę na gazie, czasem nawet więcej niż stówka na liczniku, czyli nawet więcej niż poza zabudowanym można. Jako argument często mówią „bo fajna droga, to można szybciej jechać”. A co by było, gdyby w całym kraju był fajne drogi? Wszędzie ludzie pędziliby tak szybko? Głupie gadanie.

Niestety, ale człowiek jest taką istotą, że dopóki sam czegoś nie zobaczy, nie przeżyje, to tego nie uzna.

I tak z punktu widzenia ekonomicznego, akcje o bezpieczeństwie na drogach są klapą, bo ogrom ludzi ma na nie wyjebane. Z punktu widzenia ludzkiego, nawet jedno uratowane życie w ten sposób to sukces.

Notkę piszę wkurwiony, bo czasem nawet spokojnie przez drogę nie mogę przejść :(.